HUAORANI. Świat w odwrocie

Z Quito przylecieliśmy do położonej nad rzeką Napo, w sercu ekwadorskiej dżungli, Coki – miasteczka dusznych od upału i wilgoci ulic, domów i skleconych naprędce sklepów. Przesiedliśmy się na brudne siedzenia zamontowane na pace ciężarówki. Drogą, która nie poznała asfaltu, kierując na południe, telepaliśmy się kilka godzin wśród bujnej tropikalnej roślinności, osad domków na palach, wzdłuż rurociągu tłoczącego ropę naftową, by wreszcie popłynąć płaskodennym czółnem w głąb Amazonii.
RZEKA
         Płyniemy już drugi dzień. Potężne drzewa, niektóre jak wielkie parasole, i rozłożyste krzewy z liśćmi rozmaitych kształtów mienią się w słońcu odcieniami zieleni – od ciemnej, przez soczystą jak wiosenna trawa, po tak jasną, że wydaje się żółta. Pachną kwiaty, w oddali skrzeczą papugi, nad nami przelatują wielkodziobe tukany, na kamieniach wygrzewają się żółwie, przestraszony kajman nurkuje szybko w odmętach brunatnej wody. Stan rzeki jest niski, ogromne powalone drzewa blokują nam przeprawę. W ruch idzie piła, konary odpadają, tworząc wąskie przesmyki, przez które przepływamy, a raczej przelatujemy w powietrzu nad wpółzanurzonymi kłodami jak najszybciej, z pełną mocą silnika. Nasze czółno wyskakuje nad wodę i opada z głośnym chlupotem. Trzymamy się mocno, czego tylko się da. Czasem osiadamy na zbyt płaskim dnie – wtedy mogą pomóc jedynie ludzkie mięśnie. Brodząc po kolana i głębiej, wypychamy łódkę. A gdy zaczyna padać, po chwili jesteśmy mokrzy od czubka głowy po stopy, łącznie z bielizną, tak jakbyśmy stanęli pod wodospadem. Przepływamy przez tereny Indian Huaorani, których część nadal świadomie unika kontaktu z cywilizacją i w obronie niezależności potrafi być śmiertelnie niebezpieczna. Trzy grupy „ludzi bez kontaktu” – jak mówi o nich nasz przewodnik Hektor –  przemieszczają się po okolicy. Może nas obserwują, ale my, jak wszyscy obcy pojawiający się tu od czasu do czasu, nie mamy szans ich zobaczyć.
         Wreszcie dopływamy do miejsca obozowiska. U zbiegu rzek Conanaco i Buanamo, w żarze i palącym słońcu, mokrzy od potu i wilgoci lasu deszczowego, rozbijamy namioty, które staną się naszymi domami przez najbliższe dni, tak jak brunatna rzeka wanną, a dżungla toaletą. Po chwili pojawia się starszy człowiek z dziurawymi uszami, z naszyjnikiem na szyi i w tradycyjnej przepasce na biodrach, wystającej ze zwykłych bawełnianych czerwonych majtek. To nasze pierwsze spotkanie z Quemperim – przywódcą klanu z plemienia Huaorani, nigdy niepodbitego, które uważa się za najdzielniejszy z ludów zamieszkujących Amazonię. Nie bez przyczyny jego odwieczni wrogowie Keczua mówią o nim auca – „dziki”. Do rangi legendy urosły takie opowieści jak ta o biskupie Alejandrze Labace, który przypłacił śmiercią próbę nawiązania kontaktu z Tagaeri – jednym z klanów Huaorani. Ciało biskupa, przekłute w 89. miejscach, ze sterczącymi kilkunastoma włóczniami, zostało znalezione w dżungli w 1987 r.
POLOWANIE
         Poranne mgły unoszą się nad rzeką. Wyruszamy w las deszczowy na poszukiwanie zwierząt, brodząc po kolana w błocie, przedzierając się wąskimi ścieżkami, wycinanymi maczetą przez naszego przewodnika Hektora. Nad nami  bajecznie kolorowe ary rozsiadają się na czubkach drzew. Czasem wzbijają się do lotu, trzepocząc ogromnymi skrzydłami. Dalej z gałęzi na gałąź przeskakują małpy. Na rozlewiskach z chybotliwej dłubanki wypatrujemy anakond. W nadbrzeżnych krzakach błyszczące wielkie cielsko zwinnie jak na swoje 6–7 metrów długości wpełza pod wodę, gdy podpływamy zbyt blisko. Wracamy na ląd. Jednak Hektor niecierpliwi się coraz bardziej i ignorując to, co wydaje się nam najbardziej atrakcyjne, uparcie poszukuje dzikich świń. Stada pekari, zwiastujące swą obecność tupotem racic i upiornym smrodem, raz oddalają się, raz przybliżają. Z niedowierzaniem patrzymy, jak nasz przewodnik wycina maczetą włócznię z długiej gałęzi.
         – Chcesz zabić świnię? – pytam z niedowierzaniem.
– Tak, w prezencie dla mojej matki. Od dawna jej nie odwiedzałem
– odpowiada.
         Choć Hektor nie jest Huao[1], to jednak tak długo przebywał wśród tutejszych Indian, że córkę Quemperiego uważa za swoją drugą matkę. Mimo wszystko nadal podejrzewamy, że przewodnik chce, pozorując polowanie, jedynie uatrakcyjnić nam wędrówkę po dżungli. Gdyby tylko nie ten pełen emocji i podniecenia blask w oczach... Nagle wszystko staje się jasne. Stado zbliża się coraz bardziej, uciszeni gestem, zamieramy w oczekiwaniu. Celny rzut w przebiegającą świnię, rozpaczliwy kwik, błyskawiczny skok w kierunku rannego zwierzęcia, odgłos szamotaniny i walki i... martwa pekari ze związanymi nogami zostaje zarzucona jak tobołek na plecy Hektora. Idziemy w milczeniu za przewodnikiem, a nasz szlak znaczą ślady krwi.
         Przypływamy do naszego obozowiska, gdzie czeka już uradowany Quemperi. Zanosimy pekari do Buanamo – pobliskiej osady, liczącej zaledwie kilka domów. Radość. Dziś będzie uczta. Przybrana matka Hektora wprawnymi ruchami oprawia zwierzę. Mięso dusi się z bananami i fragmentami skóry ze szczeciną. Hektor emanuje dumą i radością.
– Nic nie dostarcza Huaorani takich emocji jak zabicie świni czy człowieka
– mówi.
         W wierzeniach ludów zbieracko-łowieckich polowanie urasta do rangi czynności sakralnej, bo jak pisał Mircea Eliade: „Nieustanna pogoń za zwierzyną i jej zabijanie spowodowało w końcu stworzenie unikalnego systemu relacji między myśliwym a mordowanym zwierzęciem [...] »mistyczna solidarność« między myśliwym i jego ofiarami objawia się w samym akcie zabijania: przelana krew jest pod każdym względem podobna do krwi ludzkiej”[2].
ŚWIAT WEDŁUG QUEMPERIEGO
         Następnego dnia odwozimy Quemperiego do Cononaco – wioski, w której mieszka na co dzień, oddalonej od naszego obozu o kilka godzin jazdy w dół rzeki. Jest nam smutno, bo zdążyliśmy się przyzwyczaić do jego obecności. Odwiedzał nas, spał pod rozwieszoną przez Hektora plandeką i jadł, a raczej pożerał wszystko, czym częstowaliśmy go podczas posiłków. Wylizywał nawet resztki z garnka, przepełniony radością jak dziecko, które pałaszuje czekoladę. Bo kiedy jest pożywienie, Huao je na zapas, aż się jedzenie skończy, świadomy, że nigdy nie wiadomo, kiedy będzie następna okazja. Głód zaspokajany i pojawiający się wyznacza rytm życia. Tak bywa dziś, a już na pewno było w czasach, gdy jakieś sześćdziesiąt, siedemdziesiąt lat temu dorastał Quemperi. Wtedy już dziesięcioletnie dziecko musiało umieć przeżyć bez pomocy w lesie, a liczba ludzi, których człowiek spotykał w życiu, nie przekraczała setki. Huaorani w pełnej izolacji od reszty ludzkości mieszkali w domach z liści palmowych, przenosząc się z miejsca na miejsce w poszukiwaniu pożywienia. Żyli zgodnie z rytmem wyznaczanym przez dżunglę, która jak kapryśna baletnica raz obdarzała obfitością i udanym polowaniem, a raz nie. Podzielenie się posiłkiem uchodziło więc i nadal uchodzi za objaw wyjątkowej gościnności i szlachetności.
         Już jako dorosły mężczyzna Quemperi nie wahał się zabijać w obronie niezależności i tożsamości swego ludu żołnierzy ekwadorskich, peruwiańskich oraz pracowników kompanii naftowych. Widział, jak napór obcych – od ludzi ze spółek wydobywczych po misjonarzy, turystów i ekologów – zmienia tradycyjny sposób życia Huaorani. Z drugiej strony mniej więcej na początku lat dziewięćdziesiątych XX w. jego klan osiedlił się wokół starego pasa startowego, wyciętego wcześniej w dżungli przez poszukiwaczy ropy. Indianie chytrze nie pozwolili, aby prowizoryczne lotnisko zarosło, i tak zaczęły tam lądować samoloty właśnie z misjonarzami i przedstawicielami kompanii naftowych, którzy... zawsze pojawiali się z prezentami. Sprytne. Pozornie, a może rzeczywiście łagodny, wiecznie śmiejący się, promieniujący „hollywoodzkim” uśmiechem sztucznej szczęki (oczywiście podarowanej mu przez któregoś z przybyszów), Quemperi jest dziś bohaterem filmów dokumentalnych, książek i prac naukowych. Krążą opowieści o jego możliwościach przekraczania oswojonej przez nas, ludzi tzw. Zachodu, „rzeczywistości tu i teraz”. Hektor opowiada nam o wydarzeniach, których sam był świadkiem, gdy Quemperi, mając wizję, wskazał miejsce, gdzie znajduje się pogrążona w płaczu i rozpaczy, zagubiona w dżungli dziewczynka, albo gdy opisał, co robi oddalona o setki kilometrów ciężarna żona przyjaciela. Kilka miesięcy przed naszym przybyciem przewidział, że na jego wioskę napadną poszukujący jedzenia „ludzie bez kontaktu”. Podobno dzięki tej przepowiedni przygotowani do obrony ziomkowie Quemperiego zabili czterech napastników, nie tracąc nikogo ze swoich.
         W Cononaco dociera do nas, jak bardzo świat zmienił się na oczach Quemperiego. Dziś Huaorani w większości prowadzą osiadły tryb życia, budują coraz więcej trwałych domów z drewna i blachy falistej, choć nadal nie brakuje tych zrobionych z gałęzi palm. Z jednej wspólnej chaty, zamieszkanej przez cały klan, przeprowadzili się do mniejszych chat, przeznaczonych dla poszczególnych rodzin. To może najbardziej wymowny znak czasu, zmian społecznych – nie tylko dla Indian. Przecież nasi dziadkowie, a może i rodzice wychowywali się w wielopokoleniowych domach, a dziś każdy chce znaleźć się jak najszybciej na swoim... Huaorani polują nadal za pomocą drewnianych dzid na pekari i dmuchawek z kurarą na małpy, ale myją czasem zęby pastą i szczoteczką. Leczą się tradycyjnymi ziołami i zapewne niekiedy antybiotykami, które widzieliśmy porozrzucane po domach. Śpią w hamakach, ale dzieci uczą się w szkole, w której bywa nauczyciel. Obrastają coraz bardziej w sprzęty, korzystają czasem z prądu, używając generatorów i baterii słonecznych. Widzieliśmy nawet muszlę klozetową, czyściutką, nieużywaną, czekającą, aż ktoś wpadnie na pomysł, jak ją podłączyć do jakiegoś odpływu. Huaorani przemieszczają się szybciej, bo ich czółna zostały wyposażone w silniki. Noszą podkoszulki i majtki. Hodują nadal zwierzęta maskotki: papugi, małpki, żółwie, których nie zjadają, traktując ich jako członków rodziny. Ciągle jednak gotowi są w razie niebezpieczeństwa opuścić domy i uciec w dżunglę, unosząc trzy najcenniejsze dla Huaorani przedmioty: hamak, drewnianą włócznię i dmuchawkę z kurarą.
 
 

 

[1] Huao to według zapisu w języku hiszpańskim rzeczownik w liczbie pojedynczej, który w liczbie mnogiej ma formę Huaorani. Używana jest również angielska wersja tej nazwy – Waorani.

[2] M. Eliade, Historia wierzeń religijnych, t. I, Instytut Wydawniczy Pax, Warszawa 1988, s. 5.

Tekst: Beata Król-Kawecka


AKTUALNOŚCI

WYPRAWA DLA PRZYJACIÓŁ BIURA - WYSPY SOŁOWIECKIE

13.06.2017 ZOBACZ

WYPRAWA SUDAN, ERYTREA - TYLKO DLA PRZYJACIÓŁ BIURA

13.06.2017 ZOBACZ

KILIMANDŻARO PO RAZ KOLEJNY ZDOBYTE!

25.01.2017 ZOBACZ

Prestige Tours z nagrodą Małopolski Dąb!

22.12.2016 Jest nam miło poinformować, że zostaliśmy wyróżnieni przez Związek... ZOBACZ

KILIMANDŻARO ZDOBYTE !!!

07.11.2016 ZOBACZ

NOWA GWARANCJA UBEZPIECZENIOWA NA 2016/2017 ROK

07.11.2016 ZOBACZ

Róża Kolumba za najlepszy katalog premium "Najciekawsze Miejsca Świata 2016/17"

29.04.2016 ZOBACZ

WYRÓŻNIENIE "ODYS 2015"

12.01.2016 Jest nam miło poinformować, że zostaliśmy wyróżnieni przez Krakowską... ZOBACZ

PRESTIGE TOURS TOUROPERATOREM ROKU 2015

28.10.2015

Jest nam niezmiernie miło poinformować Państwa, iż nasze biuro... ZOBACZ