Pocztówka z Galapagos

Uff, znów jesteśmy w domu. Zmęczeni, rzucamy bagaże, myślimy o prysznicu po długim międzykontynentalnym locie. Odruchowo otwieram skrzynkę pocztową i... wyjmuję z niej pocztówkę z Galapagos, którą przecież nie tak dawno własnoręcznie napisałam i zostawiłam na najbardziej niezwykłej poczcie, jaką kiedykolwiek udało mi się zobaczyć. Miałam nadzieję, że kartka z adresem naszego domu kiedyś dotrze do Krakowa... za rok, dwa, może więcej, a tymczasem to ona czeka na nas. Przebyła okrężną drogę przez kalifornijskie San Diego, wysłana przez osobę, której nigdy nie poznam. Mogę jedynie spekulować, że po naklejeniu znaczka na pocztówkę wrzucił do ją skrzynki jakiś tajemniczy człowiek, który czuje się związany z Polską, a może i z moim rodzinnym miastem. Albowiem na należącej do archipelagu Galapagos wyspie Floreanie pod koniec XVIII wieku postawiono beczkę dla ludzi dobrej woli. Do beczki tej marynarze i wielorybnicy wkładali listy. Dziś, w dobie telefonów komórkowych i komputerów, jedynie szacunek dla tradycji każe odwiedzającym turystom wrzucać własne kartki i przeglądać adresy na zostawionych tu pocztówkach, by zgodnie ze starym zwyczajem wysłać te, które są adresowane do miejsc leżących na trasie ich podróży lub mają szczególny związek z miejscem zamieszkania...

Galápago znaczy żółw
         Najprostszym sposobem zwiedzenia Galapagos jest wcześniejsze wykupienie kilkudniowego rejsu wraz z lotem z Quito lub Guayaquilu. Oczywiście, można próbować szukać okazji do zaokrętowania się już na miejscu. Ale jak długo to potrwa, tego nikt nie wie... Większość wysp jest niezamieszkana, a przepisy mające na celu ochronę tego niezwykłego ekosystemu są bardzo restrykcyjne, więc zorganizowany rejs z licencjonowanym przewodnikiem to najlepszy, w zasadzie zaś jedyny sposób nacieszenia się w pełni fauną i florą Galapagos.
         Lądujemy na maleńkiej Baltrze, gdzie czeka już na nas przewodnik Alvaro, który od tej pory będzie pokazywał nam uroki wysp, snuł opowieści o zwierzętach, roślinach oraz pilnował, żebyśmy nawet niechcący nie zagrozili swoją obecnością archipelagowi. Czarnoszary krajobraz Baltry jest ponury, wręcz przytłaczający, ale intryguje i kusi. Santa Cruz – najbardziej zaludniona z wysp, na którą dostajemy się promem, ukazuje nam inne oblicze Galapagos. Im dalej na południe się przemieszczamy, tym jest bardziej zielono od wielkich liści bananowców, papai i innych tropikalnych roślin. Po drodze mijamy ogromne tajemnicze dziury – nieme świadectwo wulkanicznych początków archipelagu. Magma, zastygając na powierzchni, płynęła nadal pod utworzoną przez siebie skorupą. Tak powstały tunele lawowe – tam, gdzie sklepienia się zapadły, powstały głębokie jamy.
         Największą atrakcją Santa Cruz jest jednak Stacja Badawcza im. Karola Darwina, w której postawiono sobie za cel ocalenie zagrożonych wyginięciem żółwi, wytrzebionych niegdyś niemal do cna przez wielorybników. W czasach, gdy nie było lodówek, wielkie żółwie słoniowe, ważące nawet 250 kg i zdolne obyć się bez jedzenia przez rok, stanowiły nie lada gratkę i niezwykle łatwe do przechowywania źródło świeżego mięsa podczas długich rejsów. Dziś, ocalone i bezpieczne, pasą się spokojnie, skubiąc trawę w towarzystwie wścibskich turystów z aparatami fotograficznymi w dłoniach. Czasem poderwą się do niezgrabnego, wręcz karykaturalnego biegu, czasem pokłócą się między sobą o miejsce w sadzawce. Są symbolem archipelagu, który dziś zawdzięcza im swą nazwę, bo po hiszpańsku galápago znaczy żółw.

Angelique”

         Jacht, którym mamy płynąć, nazywa się „Angelique”. Czeka na nas w zatoce w największym miasteczku na Santa Cruz – Puerto Ayora, jedynej miejscowości na naszej trasie. Gdy podniesiemy kotwicę, „Angelique” przez kilka dni stanie się naszym domem na dobre i na złe, nie zobaczymy żadnych zabudowań, a jedynymi mieszkańcami odwiedzanych wysp będą zwierzęta. Po archipelagu pływają łodzie o różnym standardzie – od najtańszych turystycznych po superluksusowe. „Angelique” należy do klasy średniej, tzw. wyższej turystycznej. Ma osiem niedużych kajut z dwiema piętrowymi kojami w każdej i maleńkimi, ale prywatnymi (co wydaje mi się na jachcie nieprawdopodobnym luksusem) łazienkami. Oczywiście, im bliżej rufy i silnika, tym w kajutach więcej hałasu, drgań i smrodu. Mimo że „Angelique” zaliczana jest do nielicznych jachtów żaglowych pływających po wodach w rejonie Galapagos, to jednak patrząc na stosunek wysokości jej masztów do rozmiarów kadłuba, nie mamy wątpliwości, że na rejs w ciszy, bez silnika, nie mamy szans i że żagle stawiane są jedynie w wyjątkowych sytuacjach, do których niewątpliwie należy pozowanie do zdjęć reklamowych. Zaokrętowaliśmy się na starym, XIX-wiecznym holenderskim kutrze rybackim, który kilka lat temu został wyremontowany i przystosowany do potrzeb turystów. Ale trudno jest nie pokochać „Angelique” – jej ścian, schodów, poręczy i podłóg z ciemnego drewna, jak z rycin przedstawiających dawne żaglowce, gwizdu wiatru w wantach i skrzypienia pokładu, który zdaje się snuć opowieści o ponad stu latach spędzonych na morzu.
         Przez najbliższe dni rytm naszego życia ma wyznaczać dźwięk okrętowego dzwonu. Budzi nas, zwołuje na posiłki, wzywa na wyprawy na ląd, snorkeling i na brierfing – wieczorne odprawy, podczas których omawiany jest plan następnego dnia. Wtedy dowiadujemy się, gdzie rzucimy kotwicę, czy czeka nas mokre (wysiadamy wprost do wody) czy suche lądowanie (przybijamy do pomostu), gdy „pangi”, czyli pontony, na których będziemy siedzieć, podpłyną do wyspy. Czy mamy zabrać kostiumy kąpielowe i sandały, czy buty z grubymi podeszwami, odporne na ostre wulkaniczne skały. I co najważniejsze – jakie zwierzęta będziemy mogli obserwować. Podczas pierwszej odprawy poznajemy obowiązujące zasady: na wyspach możemy się poruszać jedynie w obecności naszego przewodnika, wyłącznie po wytyczonych szlakach, nie wolno nam brać ze sobą jakiejkolwiek żywności, mamy otrzepywać buty z ziemi pochodzącej z innej wyspy, by jakieś przypadkowe ziarenko czy pestka nie zamieniło się w obcy systemowi krzaczek czy drzewko; zabronione jest dotykanie zwierząt, roślin, muszli. Nie mówiąc już o zabieraniu czegokolwiek na pamiątkę...
         O pierwszej w nocy opuszczamy Santa Cruz; budzi mnie dźwięk podnoszonej kotwicy, nie mogę już zasnąć. Przeszkadza mi hałas silnika czy podniecenie na myśli o jutrzejszym dniu? Jakie okaże się Galapagos?
Rejs
         Podczas naszego pięciodniowego rejsu odwiedzamy kilka wysp. Każda z nich jest trochę inna, ale mają wspólny mianownik – niezwykłą ufność zwierząt, które, niezależnie jakiego są gatunku, pozwalają nam się zbliżyć do siebie na wyciągnięcie ręki. Najbardziej rozkoszne i spotykane praktycznie wszędzie są lwy morskie, niezgrabnie baraszkujące na plaży, ale w wodzie poruszające się z gracją i swobodą. Samice pod czujnym okiem – najczęściej pływającego przy brzegu – wspólnego „męża” wylegują się na piasku, karmią młode. Są cudowne, nie możemy się napatrzeć, gdy wygięte cielska leniwie przeciągają się, wydając niezwykłe odgłosy. Kibicujemy maluchom szukającym pożywienia na brzuszkach swych mam. Na trasie naszego rejsu znalazła się też maleńka wysepka South Plaza, którą upodobały sobie samotne lwy samce niemające siły walczyć o kobiety. Podziwiamy starych weteranów z ciałami pełnymi blizn po stoczonych bitwach i osłabionych młodzieńców, którzy regenerują siły. W tej części wyspy nie mieszka żadna samiczka mogąca wprowadzać rozdźwięk między panów.
         O tej porze roku otoczona szmaragdowym morzem South Plaza jest czerwona od kwitnących roślin sesuvium, porastających ją jak dywan, z którego gdzieniegdzie dumnie wyrastają wielkie opuncje. Na wyspie, podobnie jak w innych miejscach archipelagu, przypominające prehistoryczne potwory legwany nie reagują na zbliżających się ludzi. Wiele legwanów na Galapagos należy do gatunków endemicznych, zamieszkujących nawet tylko jedną wyspę, jak te o żółtej skórze, z Santa Fe. Najczęściej jednak spotykamy legwany morskie, które w poszukiwaniu jedzenia nauczyły się nurkować i przystosowały się do życia w oceanie. Nadmiar soli usuwają z krwi przez specjalne gruczoły połączone z systemem oddechowym, od czasu do czasu wydmuchując ją z nozdrzy, co nasuwa nieodparte skojarzenie ze smokami ziejącymi ogniem.
         Ale Galapagos to też królestwo ptaków. Na Floreanie w świetle zachodzącego słońca czeka na nas wspaniały spektakl – prawdziwy balet flamingów, które brodząc i szukając pożywienia w jeziorze, przypominają przedziwne stwory. Każdy z flamingów, dumnie krocząc z zanurzonymi łbem, obija się w lustrze wody, tworząc niezwykły kształt dwóch ciał – korpusów połączonych patykami: jednym grubszym (szyja) i dwoma cienkimi (nogi). Wyspę Españolę pokochały natomiast albatrosy o żółtych dziobach. Wspinamy się na klif, by popatrzeć, jak startują do lotu, bo są zbyt ciężkie, by wzbić się w powietrze od razu z ziemi. Pokracznie wędrują więc na brzeg przepaści, gdzie czekają na odpowiedni wiatr. Tam wahają się – czujemy każdym nerwem ich rozterki i lęk: lecieć teraz, a może za chwilę? Wreszcie startują jak szybowce. Tymczasem, nie zwracając wcale uwagi na ten niezwykły pas startowy, pół metra ode mnie mama albatrosica karmi swe dziecko wypluwanymi z dzioba do dziobka rybkami. Przepiękne pisklaki, przypominające kudłate białe szczeniaki, na naszych oczach karmią też głuptaki niebieskonogie, zawdzięczające swą nazwę aroganckim żeglarzom, którzy uznali je za głupie (a były po prostu zbyt ufne), bo na widok człowieka nie zrywały się do lotu i ucieczki. Spotykamy je między innymi na North Seymour – wyspie, gdzie również w całej krasie prezentują się nam fregaty. Podziwiamy dumnego samca z wydętym, potężnym, wyglądającym jak worek, czerwonym podgardlem, „przytulającego” skrzydłem swoją wybrankę.

         Dni podczas rejsu na Galapagos mijają spokojnie, odrywamy się od codzienności, świat przyrody rządzący się odwiecznymi prawami zdaje się wciągać, zapraszać do przeżycia choć kilku dni zgodnie z naturalnym rytmem wyznaczanym przez wschody i zachody słońca, pory posiłków, bez pośpiechu, bez nerwów. Płyniemy od wyspy do wyspy, pluskamy się w chłodnej wodzie oceanu razem z żółwiami, lwami morskimi, pingwinami, rybami, wędrujemy wśród skał, omijając czerwone kraby i legwany, jedynie nie potrafimy jak ptaki wzbić się w powietrze. Gdy opuszczamy Galapagos, żegnają nas lwy morskie odpoczywające beztrosko na ławce na przystanku autobusowym.

Tekst: Beata Król-Kawecka

AKTUALNOŚCI

WYPRAWA DLA PRZYJACIÓŁ BIURA - WYSPY SOŁOWIECKIE

04.05.2017 ZOBACZ

Jacek Torbicz w TV Kraków o Wielkanocnych podróżach

15.04.2017 ZOBACZ

WYPRAWA SUDAN, ERYTREA - TYLKO DLA PRZYJACIÓŁ BIURA

22.03.2017 ZOBACZ

KILIMANDŻARO PO RAZ KOLEJNY ZDOBYTE!

25.01.2017 ZOBACZ

Prestige Tours z nagrodą Małopolski Dąb!

22.12.2016 Jest nam miło poinformować, że zostaliśmy wyróżnieni przez Związek... ZOBACZ

KILIMANDŻARO ZDOBYTE !!!

07.11.2016 ZOBACZ

NOWA GWARANCJA UBEZPIECZENIOWA NA 2016/2017 ROK

07.11.2016 ZOBACZ

Róża Kolumba za najlepszy katalog premium "Najciekawsze Miejsca Świata 2016/17"

29.04.2016 ZOBACZ

WYRÓŻNIENIE "ODYS 2015"

12.01.2016 Jest nam miło poinformować, że zostaliśmy wyróżnieni przez Krakowską... ZOBACZ

PRESTIGE TOURS TOUROPERATOREM ROKU 2015

28.10.2015

Jest nam niezmiernie miło poinformować Państwa, iż nasze biuro... ZOBACZ