U stóp himalajskich ośmiotysięczników

Himalaje można przemierzać także w pojedynkę, bez jazgotu tragarzy, jaków z dobytkiem na grzbiecie, przewodników, których złote rady i doświadczenie nie pozwalają zgubić się w tłumie podobnych, rozwrzeszczanych i kolorowych grup. Magia Himalajów działa na zmysły. My wiedzieliśmy, że można inaczej. Można po swojemu. I wiedzieliśmy, że nam się uda.
         Kontrastując z potwornie brudnym, betonowo obrzydliwym, hałaśliwym i zatłoczonym terminalem w Delhi, lotnisko międzynarodowe w Katmandu, wciśnięte pomiędzy łańcuchy górskie, wydało się mi prawdziwą oazą spokoju. Do budynku portu szliśmy pasem startowym nie niepokojeni przez nikogo. Cisza, spokój, czyste powietrze. Schludny terminal z wypastowaną kamienną podłogą, kompletna pustka wewnątrz. Czar prysł bardzo szybko. Oszołomieni krzykiem zaciskającego się gwałtownie wokół nas tłumu taksiarzy, nie przebieraliśmy w ofertach i bez specjalnego targowania, dla świętego spokoju, wsiedliśmy do pierwszej z brzegu, zdezelowanej toyoty koloru wiśniowego, pamiętającej jeszcze czasy króla Mahendry. Jeśli ktoś chciałby w pigułce poznać nepalski temperament, bez wahania zaproponuję krótki kurs taksówką. Dla człowieka, który jeszcze kilkanaście godzin wcześniej delektował się wygodami cywilizacji zachodnioeuropejskiej, skończyło się to totalnym kulturowym szokiem. Zardzewiały szrot śmiało przemykał pomiędzy górami śmieci, zwierzętami wszelkiej maści i przeznaczenia, rowerami, motocyklami, rikszami i innymi podobnego kalibru cudami motoryzacji. Każde w swoim kierunku, bez oglądania się na cokolwiek. Te kilkanaście minut jazdy to zbyt mało, by pojąć fenomen bezkolizyjnej przeprawy przez miasto przy braku zachowania jakichkolwiek przepisów. Komunikacyjna anarchia z symfonią klaksonów w tle.
         Katmandu – miasto kontrastów, jak wszystko w Nepalu. Z jednej strony potworny brud, śmieci wydzielające odór nie do wytrzymania, masa bezdomnych wychudzonych zwierząt o wątpliwym zdrowiu. Z drugiej strony kolorowe neony, wszechobecne telefony komórkowe i kafejki internetowe na każdym rogu ulicy. Kraj, edyktem królewskim zamknięty na świat aż do lat pięćdziesiątych XX w., wciąż tkwi mentalnie w średniowieczu. Aktualnie to feudalne do niedawna państewko, gdzie jeszcze kilkadziesiąt lat temu szczytem luksusu była szyba w oknie, gwałtownie zachłystuje się nowoczesnością. Szczególnie wśród młodych, zapatrzonych ślepo w indyjski wzór z południa. Starych nie widać. Umierają zbyt szybko, by się zestarzeć. Prawdziwy fenomen na mapie świata, o czym naprawdę warto pamiętać na każdym kroku.
         Szybko też przekonaliśmy się, jak biedne i szablonowe było nasze wyobrażenie o samych Himalajach. Okazało się bardzo niesprawiedliwe, one bowiem zaskakiwały nas dosłownie na każdym kroku. Choć lecąc kilkunastoosobowym Twin Otterem, widzieliśmy przez przednią szybę kabiny pilotów pocztówkową panoramę najwyższych himalajskich szczytów – białe wierzchołki, pokryte grubą warstwą lodu, srebrzyły się promieniami ostrego jesiennego słońca. I takimi je chcieliśmy widzieć – ekstremalnie surowe i piękne zarazem. Tyle że przez trzy tygodnie naszego trekkingu góry pokazywały nam całą paletę odcieni. Zdarzyło się, że wracając w to samo miejsce po kilku dniach, nie byliśmy w stanie uwierzyć, że tu już wcześniej byliśmy. Przywoływany z pamięci obraz skąpanego w zieleni gąszczu drzew i krzewów, teraz, zabarwiony na żółto-czerwono, jesienny krajobraz przedstawiał zupełnie nową jakość. Pory roku tasowały się bez opamiętania, nie pozwalając nam popaść w znudzenie. Były dni, gdy zasypywani śniegiem, wytrwale pokonywaliśmy kolejne odcinki, innym razem w pełnym słońcu z trudem łapaliśmy oddech w gęstym, gorącym powietrzu.
         Jeśli jednak ktoś chce zobaczyć Himalaje pełne śniegu, to się zawiedzie. Bo śniegu doświadczyliśmy niewiele. Nawet bardzo wysoko, powyżej pięciu tysięcy metrów, gdzie okiem sięgnąć, jedynie skały, kamienie i brunatna, wypalona przez silne słońce trawa. Tylko jednego dnia było naprawdę biało. Lekko przyprószone gałęzie drzew, białe zbocza, w tle szczyty siedmio- i ośmiotysięczników. Czar prysł o poranku, gdy ostre jesienne słońce bezlitośnie stopiło resztki białego puchu, szlak pokryła warstwa błota, a otoczenie przybrało szarobury kolor. Gdy dotarliśmy do klasztoru w Tengboche, miejsce to wciąż jeszcze opierało się bezlitosnym słonecznym promieniom. Zasypana śniegiem malutka wioska, otoczona ścianą gór z dominującym w tle, majestatycznym Ama Dablam. Ciszę i spokój tego świętego miejsca zakłócały jedynie okrzyki i śmiech młodych lamajskich mnichów, którzy beztrosko... jeździli na nartach. Wykorzystując drobne nierówności terenu, wpinali buty w skórzane wiązania. Małe narty wypinały się często, co powodowało upadek śmiałka i radość pozostałych. Ci rozbawieni chłopcy za kilka godzin, w tłumie turystów, zmienią się w poważnych, skupionych i rozmodlonych mnichów. Śpiące jaki, konie cierpliwie wygrzebujące źdźbła trawy spod śniegu, pies ospale podnoszący powieki, by zaszczycić nas swoim leniwym spojrzeniem.
         Klasztor: okazała brama, dwie stupy niczym strażnicy pilnujące głównego budynku, patio zbudowane na planie kwadratu, arena religijnych uroczystości, tańców i obrzędów, prowadzące do serca budynku – obszernej sali z imponującym posągiem Buddy. W gęsto zadymionym pomieszczeniu modliła się grupa buddyjskich duchownych.
         Spaliśmy u starego Nepalczyka o chińskich rysach twarzy, ze spiczastą bródką i wiecznie roześmianymi oczami. Praktycznie każdą rozmowę kwitował gwałtownym wybuchem rubasznego śmiechu. Wszyscy świeccy mieszkańcy Tengboche byli na swój sposób związani z klasztorem. Podobnie było w przypadku naszego gospodarza. Jego imponujący murowany przybytek najprawdopodobniej służy poza sezonem mnichom za schronienie. Spaliśmy w skromnej ciemnej celi z małym okienkiem. Wieczór spędziliśmy w przytulnej izbie, przy herbacie, z grupą lamajskich duchownych. Przymierzali partię plastikowych okularów, których pokaźną liczbę przywiózł tego dnia francuski lekarz. Rozbawieni buddyjscy dostojnicy, trzymając arkusze zabazgrane trudnymi do rozszyfrowania symbolami, sprawdzali kolejne egzemplarze szkieł. Przez chwilę zupełnie zapomnieli o wymaganej powadze. Przyglądaliśmy się tej niezwykłej scenie, popijając gorący rosół z makaronem.
         Od naszego gospodarza dowiedzieliśmy się, że następnego dnia o poranku odbędzie się wyjątkowa uroczystość. Do wioski przybyli najważniejsi duchowni z całego Nepalu, a wśród nich przeorowie klasztorów Pengboche, Dingboche i Thame. Spotkanie na najwyższym szczeblu. Wszystko z powodu nowiutkiej stupy, wymagającej poświęcenia.
         Gdy sir Edmund Hillary budował w Lukli lotnisko, był pełen wiary i nadziei, że przysłuży się temu regionowi jak nikt inny. Kilkanaście lat później wyznał, że popełnił największy błąd swojego życia. Błąd nieodwracalny, sprowadzający na Himalaje prawdziwy kataklizm. Niedostępne dotychczas góry otworzyły swoje podwoje przed ciekawskimi. Tych przybywa z roku na rok, niestety, ilość nie idzie w parze z jakością. Snobistyczna rządza wyczynu, gorączka Everestu przysłania oczy. W ciągu całego trekkingu spotkaliśmy jedynie pojedyncze osoby, które dźwigały swój dobytek na własnych plecach, poznające świat na swoich zasadach. I w przeważającej większości byli to Polacy. Bo w Himalajach panują już inne standardy. Te uosabia głośna grupa z własnym przewodnikiem, grupą tragarzy i ich jaków – walizek na czterech owłosionych nogach. W wielu rozmowach słyszeliśmy o wyzysku Szerpów, którym płaci się głodowe stawki, którzy śpią pod gołym niebem na mrozie, podczas gdy ich wypoczęty „pan” raczy się gorącym posiłkiem przy ogniu. Powstające nakładem fundacji Hillary’ego przyczółki dla tragarzy tylko w minimalnym stopniu rozwiązują problem.
         Szerpowie – ludzie gór. To kolejny fenomen tej krainy. Żyją tu i umierają, nie znając innego świata. Mentalnie różnią się znacznie od Nepalczyków z nizin. Nie poznali jeszcze siły pieniądza, zresztą, na dobrą sprawę, na co im gotówka wśród gór? Choć z drugiej strony, zainspirowani napływem białych, powoli się zmieniają, jak i cały Nepal. Biały człowiek wzbudza ciekawość. Wyświetlacz LCD w aparacie to sensacja dla całej wioski. Chęć naśladowania budzących podziw białych ludzi objawia się na razie przede wszystkich ubiorem. Oczywiście produkcji nepalskiej, bo tu nikt nie przykłada wagi do praw autorskich. Chcesz wyglądać modnie, pokazać swoje bogactwo – wyglądaj jak biały przybysz z Zachodu, choćbyś miał być jedynie jego tanią podróbką... Zresztą podobny tok myślenia rzuca się w oczy w całym Nepalu: billboardy, reklamy w telewizji, modne audycje – wszystko w języku angielskim.
         Minęliśmy grupę Szerpów. Każdy w puchowej kurtce z niedbale naszytym czymś, co ma przypominać logo znanej zachodniej marki. Na nogach chińskie trampki z materiału ze wzorem moro lub gumowe klapki. Mróz, śnieg – gołe stopy przyodziane w klapki. Trzeba nie lada sprawności, by nie runąć w przepaść w takim „obuwiu”, lawirując pomiędzy kamieniami przysypanymi śniegiem, nierzadko w biegu, z kilkudziesięcioma kilogramami na barkach. Bieda doskwiera Szerpom na każdym kroku. Niby przywykli do trudnych warunków, niby nie są świadomi, że można mieszkać w czystym domu, bez trzody i kur w sypialni. Ale wspominany przeze mnie podziw dla białego człowieka uświadamia Nepalczykom, że można żyć lepiej. Dodatkowo poszerza im horyzonty powszechna edukacja. Wszystkie dzieci są objęte obowiązkiem szkolnym, szkoły działają w każdej większej wiosce. Nie może więc dziwić doskonała znajomość angielskiego oraz rosnąca świadomość obywatelska.
         Świadomość rodzi frustrację, a ta z kolei jest doskonałą pożywką dla rewolucji. O partyzantce maoistycznej czytaliśmy mnóstwo jeszcze przed wyjazdem. Rzeczywistość zweryfikowała nasze wyobrażenie. Ruch jest wyraźnie mniej agresywny, niż opisuje to szukająca sensacji prasa, ale też niewyobrażalnie bardziej rozległy niż to, co bagatelizujący zagrożenie zachodni eksperci chcieliby wszystkim wmówić.
         Mury zasmarowane setkami ciągnących się niczym mantra napisów, tysiące domowej roboty plakatów – to był nasz pierwszy kontakt z maoistyczną propagandą. Ginie ona gdzieś w zgiełku stolicy, bo Katmandu żyje własnymi problemami. Ale w górach komuniści nie mają konkurencji. Na każdym kroku widzimy rewolucyjne odezwy, podobizny wodzów... Na kilka godzin przed wejściem do Sagarmatha National Park bojownicy pobierali haracz, blokując jedyny most przewieszony nad rwącą rzeką Dudh Kosi. Transparent z czerwonego materiału oznajmiał, z kim mamy do czynienia oraz dlaczego „uprzejmie prosi się” o uiszczenie stosownego podatku. Wysokość owej „dobrowolnej” składki na rewolucję regulował przygotowany dokument. Na potwierdzenie transakcji otrzymaliśmy ładny, profesjonalnie zaprojektowany bilecik (!). Wszystko miło i przyjemnie.
         Maoiści są wszędzie. Organizują spotkania, tłumaczą tubylcom, że mogą żyć lepiej, dostatniej i że receptą na to może być tylko komunizm. Wciąż nie wierzysz? To zapraszamy na efektowne przedstawienie – będą tańce, śpiewy, występy zespołów, światła i muzyka z głośników. Radość, zabawa, sielanka – to czeka cię, drogi Szerpie, w laickim świecie według Mao. Jednocześnie najbardziej szokujący i niezrozumiały wydaje się wzrost poparcia dla rewolucji przez emigrantów z Tybetu. To przede wszystkim oni, polityczni i religijni emigranci, z ogromnym zaciekawieniem i nadzieją w oczach obserwowali tańczące na scenie postacie. W Nepalu pozostają oni na marginesie społecznym, koczując pod gołym niebem. Tandetne przedstawienia, pełne światełek i błyskotek, mają zwiastować lepsze jutro. W tym całym wariactwie tylko lamowie zachowują trzeźwość umysłu, patrząc smutnymi oczami na laicyzację społeczeństwa.
         Oddziaływanie na zmysł słuchu to naprawdę bardzo zmyślna strategia. Nepalczycy to niezwykle utalentowany muzycznie naród. Uwielbiają śpiewać i tańczyć. Nieraz, gdy otuleni w śpiworach próbowaliśmy zasnąć, dochodziły nas z oddali nepalskie śpiewy, charakteryzujące się powtarzanym po kilkadziesiąt razy, krótkim motywem i zapewne improwizowanym tekstem. Gdy zapada mrok, przy ognisku można pomyśleć, że czas się tu zatrzymał w miejscu. Muzyka towarzyszy im wszędzie. Śpiewają, gwiżdżą, nucą sobie pod nosem różne miejscowe przeboje, które po pewnym czasie nawet byliśmy w stanie pokojarzyć. Większym luksusem jest noszony w ręce, czarny chiński plastikowy magnetofon. Obok szczęśliwego właściciela luksusowego towaru zbiera się wówczas większa grupa miejscowych i dalej podróżują już wspólnie, oczywiście ze śpiewem na ustach. Bo podróżowanie stanowi sens życia Nepalczyków. Nie potrafią oni ustać w miejscu. To naród tragarzy. Można by pomyśleć, że urodzili się po to, by dźwigać różnego rodzaju produkty we wszystkich możliwych kierunkach. Na ścieżkach, szczególnie w niższych partiach, mijaliśmy ich dziesiątki. Szczególnie w dniu sobotniego targu przemarsz bywał uciążliwy. Jeśli doda się do tego grupy turystów, momentami robiło się naprawdę tłoczno. Trudno się dziwić, że trasa z Lukli do Namche jest potocznie nazywana autostradą.
         Pełni szczęścia doświadczyliśmy po wejściu na Gokyo Ri. Widać z niego cztery ośmiotysięczniki – Cho Oyu, Everest, Lhotse i Makalu, oraz całe morze himalajskich siedmio- i sześciotysięczników. Wielu wrażeń dostarczyło nam wejście wieczorne, kiedy to daliśmy się skusić wizją zachodu słońca z Everestem w tle.

Sponsor wyprawy: warszawska firma Oskar

Tekst: Radosław Kozłowski

Zdjęcia w galerii: Klementyna Michalska, Radosław Kozłowski

 

AKTUALNOŚCI

WYPRAWA DLA PRZYJACIÓŁ BIURA - WYSPY SOŁOWIECKIE

13.06.2017 ZOBACZ

WYPRAWA SUDAN, ERYTREA - TYLKO DLA PRZYJACIÓŁ BIURA

13.06.2017 ZOBACZ

KILIMANDŻARO PO RAZ KOLEJNY ZDOBYTE!

25.01.2017 ZOBACZ

Prestige Tours z nagrodą Małopolski Dąb!

22.12.2016 Jest nam miło poinformować, że zostaliśmy wyróżnieni przez Związek... ZOBACZ

KILIMANDŻARO ZDOBYTE !!!

07.11.2016 ZOBACZ

NOWA GWARANCJA UBEZPIECZENIOWA NA 2016/2017 ROK

07.11.2016 ZOBACZ

Róża Kolumba za najlepszy katalog premium "Najciekawsze Miejsca Świata 2016/17"

29.04.2016 ZOBACZ

WYRÓŻNIENIE "ODYS 2015"

12.01.2016 Jest nam miło poinformować, że zostaliśmy wyróżnieni przez Krakowską... ZOBACZ

PRESTIGE TOURS TOUROPERATOREM ROKU 2015

28.10.2015

Jest nam niezmiernie miło poinformować Państwa, iż nasze biuro... ZOBACZ