Vilcabamba trzydzieści lat później

Vilcabamba to ostatnia stolica Inków, skąd w latach 1536–1572 inkascy królowie władali kadłubowym państewkiem, resztką dumnego imperium Tawantinsuyu. To miasto było solą w oku Hiszpanów. Manco Inka, syn Huayna Capaca, następca Atahualpy i rodzony brat Huascara, po niepowodzeniu powstania przez siebie wznieconego postanowił wycofać się najpierw do swojego pałacu w Vitcos, leżącego w skalistych górach między rzekami Urubamba i Apurímac, a później jeszcze dalej w głąb dżungli, pragnąc znaleźć się poza zasięgiem hiszpańskiej kawalerii. Wybrał odległe miejsce, odgrodzone od świata niedostępnymi, gęsto zalesionymi górami. Jak pisał Titu Cusi, w nowej siedzibie jego ojciec „spędził parę dni i spokojnie wypoczywał, każąc stawiać domy, aby z tego miejsca, gdzie jest dobry klimat, uczynić główną siedzibę dla swej osoby”[i]. Manco już ze swej nowej stolicy kazał przecinać mosty prowadzące do swego królestwa, blokować główne przełęcze i silnie ufortyfikować dostępne dla Hiszpanów szlaki.
         Po mianowaniu Francisca de Toledo nowym wicekrólem Peru los ostatniej stolicy Inków został przesądzony. W 1572 r. miasto zostało zdobyte przez Hiszpanów, a jego lokalizacja uległa zapomnieniu. W historii poszukiwań Vilcabamby nazwę tę nadawano różnym stanowiskom archeologicznym. Najpierw uznano, że dawną dawną stolicę inkaską ruiny Choquequirao, znajdujące się na wysokiej grani nad rzeką Apurímac. Hipotezę tę w 1909 r. zakwestionował Hiram Bingham.
         Na paradoks zakrawa, że Amerykanin dotarł do Espíritu Pampa, czyli na Równinę Duchów, ale chociaż przyznał, że odpowiada ona położeniu geograficznemu Vilcabamby, to jednak: „Stara Vilcabamba była największym miastem prowincji, a określenia tego z trudem można by użyć w stosunku do którychkolwiek z tutejszych ruin. Wracam do Binghama, który wyszedł z błędnego założenia, że Inkowie nie osiedlali się w dżungli. W rezultacie po zaledwie dwóch czy trzech dniach badań opuścił Espíritu Pampa, do czego skłonili go także jego ludzie, którzy z obawy przed dzikimi Indianami chcieli już wracać. Magia nazwiska odkrywcy Machu Picchu była jednak tak wielka, że przekonanie o tym, że Vilcabamba to nie Vilcabamba, pokutowało przez następne pół wieku.
         Odmiennego zdania był amerykański archeolog Gene Savoy, który uważał, że „w pełni można polegać na relacjach augustianów i pierwszych kronikarzy hiszpańskich. Jeśli zakonnicy i żołnierze umieszczali miasto Vilcabamba w tej właśnie dolinie, to musiało się ono tam znajdować. I jego, i Binghama trudno jednak nazwać odkrywcami, bardziej adekwatne będzie przypisanie im zasługi przywrócenia tych miast cywilizacji Zachodu.
         W dziejach poznawania losów Vilcabamby mają też udział Polacy, ale nie taki, jak od wielu lat propaguje pani Elżbieta Dzikowska. Dwóch jej rodaków postanowiło zweryfikować opowieści snute przez towarzyszkę Tony’ego Halika, w których nie wiadomo, czego więcej – pieprzu czy wanilii, a już z pewnością sporo pewnej niesmacznej pikanterii. Tym razem do Vilcabamby postanowił dotrzeć Roman Warszewski, znakomity pisarz i publicysta, od wielu lat przemierzający południowoamerykańskie szlaki. Miałem zaszczyt uczestniczyć w jego ekspedycji.
         Z Cuzco wyruszamy lokalnym autobusem. Mimo że jedziemy najlepszą z najgorszych – jak to określiła nasza przewodniczka Rosa Cobos – linii autobusowych, a może właśnie dlatego już po dwóch godzinach nasz pojazd psuje się po raz pierwszy. Po kwadransie i wykorzystaniu dwumetrowego sznurka do podwiązania czegoś w bebechach wiekowego autobusu ruszamy dalej. Siedzę na przedzie, dzięki czemu mogę zerkać na kierowcę, na którego twarzy maluje się uśmiech. Niczym niezrażony, ściska kierownicę i pędzi dalej z pasją, właściwą tylko kierowcom autobusów w Andach. W tym kraju kierowcy muszą być prawdziwymi wirtuozami kierownicy, skoro balansują nieustannie między przepaściami z jednej strony a pionowymi ścianami skalnymi z drugiej, przeciskają się wąskimi półkami skalnymi z nawisami nad dachem, wspinają się lub zjeżdżają drogami złożonymi z samych serpentyn, przeskakując w czasie pokonywania jednej trasy z klimatu górskiego w tropikalny i na odwrót. Muszą też być mistrzami klucza francuskiego, bo nasz wehikuł ponownie się rozkracza.
         Tym razem awaria wygląda na poważniejszą. Mijają minuty, odmierzane kolejnymi ukąszeniami moskitów i moscos – małych muszek, które niepostrzeżenie atakują każdą ofiarę. Tymczasem kierowca i pomagierzy drapią się po głowie, co mi przywodzi na myśl scenkę z czeskiego fimu animowanego Sąsiedzi. Jeden z nich znika i po chwili pojawia się ze… sznurkiem.
         – Czy oni chcą znowu coś wiązać? – pytam Romana i obaj zgodnie parskamy śmiechem.
         Mój towarzysz, znawca realiów Ameryki Południowej, podchodzi do sytuacji ze stoickim spokojem:
         – O co ci chodzi? Jesteśmy przecież w Peru, wśród potomków cywilizacji sznurka. Ma na myśli kipu, czyli wiązki sznurków z supełkami, które niekiedy przypominają – jak to ironicznie podsumował George Gheverghese Joseph, historyk matematyki z uniwersytetu w Manchesterze – mopa, co widział już lepsze dni.
         Powoli zbliżamy się do Quillabamby, leżącej już u wrót do Amazonii. Tam czeka nas przesiadka do Huancacalle, o ile oczywiście znów nie zatrzyma nas nieprzewidziany postój. Pocieszające, że opuściliśmy góry, ponieważ niebezpieczna jest droga w dół, nie w górę, o czym świadczą pojawiające się na zakrętach krzyże. Nie muszę chyba tłumaczyć, co oznaczają… W pewnym momencie nasz wehikuł stanął. Roman wyjrzał przez okno i zawołał:
Chyba coś się pali, bo kierowcy biegną z wiadrami do strumyka!
         Rzeczywiście, poczułem swąd spalenizny, ale przyczyna była inna. Kierowcy wrócili z pełnymi wiadrami wody po to tylko, aby chlusnąć nią na rozgrzane koła naszego autobusu. Może schładzanie w taki sposób wykuwanego żelaza jest dobrą metodą hartowania, ale czy aby na pewno właściwą w przypadku felg i opon? Chyba nie… Kto wie, czy nie okaże się to przy następnym kursie, ale my szczęśliwie po kilkunastu godzinach, późnym wieczorem lądujemy w Huancacalle – bazie wypadowej trekkingowców.
         To osada typowa dla pogranicza cywilizacji i dziczy, gdzie ostatni raz można skorzystać z barosklepu czy telefonu, a nawet Internetu. Ot, signum temporis. W środku hostelu równie zimno jak na dworze. Prześcieradła, nakrochmalone aż do przesady, mają tę samą co ręcznik gładkość kory drzewnej, ale koce są grube i z dobrej wełny. Przypomniałem sobie, jak ktoś mawiał – któż to mógł być? – że zimno jest najlepszym sprzymierzeńcem higieny hotelowej.
         Nazajutrz w Vitcos czeka nas niespodzianka. Do słynnej fortecy na Rosas Pata pójdzie z nami ojciec Rosy – Juvenal Cobos, który pamięta bytność w tamtych stronach samego Gene’a Savoya. Andyjczyk obiecuje pokazać nam grób Manco Inki. Najpierw jednak mamy okazję podziwiać imponującą skalną huaca. Terminem tym Inkowie określali każdy święty obiekt, którym mogła być góra, drzewo, skała, a nawet mallqui – zmumifikowane szczątki przodka. W sielskiej dolince dostrzegamy wielką białą skałę Yurak Rumi, którą Hiram Bingham określał mianem Nusta España. W rzeczywistości głaz, przypominający z daleka jakiś tajemniczy obiekt latający, jest raczej granitowy niż biały, ale można tu wyczuć jakiś mistycyzm, magnetyzm miejsca…
         Następna wielka skała, jaką nam prezentuje señor Cobos jest równie zagadkowa. To w niszy u jej podstawy miał spoczywać król Manco. Obaj z Romanem wątpimy, czy rzeczywiście jest to grób inkaskiego władcy. Ja jestem skłonny przypuszczać, że jest to jedno z tych miejsc, gdzie przechowywano czcigodną mumię króla i gdzie oddawano jej hołd. Inkowie przecież, niezmuszani przez Hiszpanów, nie grzebali swoich władców, przechowując ich spreparowane ciała choćby w Świątyni Słońca w Cuzco.
         W drodze powrotnej Juvenal opowiada nam, jak w 1964 r. jego dwaj bracia, Flavio i Benjamin, zaprowadzili Savoya do Vilcabamby. Oni z kolei o położeniu ruin dowiedzieli się od zamieszkujących te okolice Indian Machiguenga. Taka jest prawda o tym „odkryciu”. Natomiast całkowicie niezrozumiałe jest postępowanie Elżbiety Dzikowskiej, która w 1976 r., czyli ponad 10 lat po wyprawie Savoya, brała udział w ekspedycji kierowanej przez peruwiańskiego profesora Edmunda Guillena.

         Znana z popularyzowania turystyki podróżniczka od 30 lat utrzymuje, że to właśnie ta ekspedycja odkryła Vilcabambę. Bzdura! Już w 1966 r, Mark Howell i Tony Morrison, autorzy książki Steps to a Fortune. Adventure in the Andes,przebywając w Vilcabambie, odnaleźli imitacje hiszpańskich dachówek oraz ślady pożaru, co w pełni potwierdzało zapiski ówczesnych kronikarzy. Nawiasem mówiąc, o tych dachówkach pisze też Savoy: „Odpowiadało to opisowi Binghama zamieszczonemu w książce o Machu Picchu. Wróciwszy do Limy, przejrzałem ponownie jego Along the Unchartered Pampaconas oraz jego plan Eromboni Pampa, czyli naszego Hiszpańskiego Pałacu. Stwierdziłem, że on także zauważył dachówki: »pół tuzina źle wykończonych, hiszpańskich dachówek wypalonych na czerwono. Wszystkie ułamki i fragmenty, jakie mogliśmy znaleźć, nie pokryłyby nawet pół metra kwadratowego. Miały bardzo różne rozmiary, jak gdyby ktoś eksperymentował przy ich wyrobie. Prawdopodobnie Inkowie widząc nowe dachy w Cuzco, próbowali zrobić takie same w dżungli, ale bez powodzenia.        

Być może 30 lat temu pani Dzikowska nie znała tych faktów, ale to, co było dopuszczalne wtedy, nie ma prawa bytu dzisiaj. Trudno nie wiedzieć o tym, chyba że się nie chce tego przyjąć do wiadomości. W dodatku spostrzeżenia Savoya oraz zgodność położenia geograficznego z hiszpańskimi relacjami z okresu podboju, a także fakt, że na żadnym innym stanowisku archeologicznym nie natrafiono na dachówki wzorowane na hiszpańskich, utwierdziły znakomitego historyka i autora The Conquest of the Incas (pierwsze wydanie w 1970 r.), Johna Hemminga, że Gene Savoy trafnie zlokalizował ostatnią stolicę Inków. Nawet Peruwiańczycy nie mieli tyle tupetu, aby twierdzić przed całym światem, że ich profesor odkrył Vilcabambę. Na plakietce znajdującej się w Museo Inka w Cuzco, na którą z dumą powołuje się pani Dzikowska, jest mowa wyłącznie o rocznicy ekspedycji do Vilcabamby, nie ma jednak ani słowa o jej odkryciu. W historię poznawania dziejów ostatniej stolicy Inków bez porównania większy wkład wniosły późniejsze badania Vincenta R. Lee, których rezultaty (a zwłaszcza doskonałe mapy, które we własnej książce zamieścił sam profesor Guillen) zostały opublikowane w znakomitej relacji Forgotten Vilcabamba. Final Stronghold of the Incas.

         Zatem pani Elżbieto! Wzywam panią do zaprzestania nazywania ekspedycji, w jakiej pani uczestniczyła, odkrywczą. Może trochę skromności? Na miejscu byłoby stwierdzenie, że dostarczyliście pewnego argumentu do dyskusji nad prawidłową lokalizacją ostatniej stolicy Inków. Proszę nie rozmieniać swojej sławy na drobne. Niczego nie odkryliście, niczego nie udowodniliście. Nie podążaliście nawet szlakiem konkwistadorów, gdyż nie zgadzają się w waszej relacji odległości, nie wspominając o tym, że nie widzieliście żadnych innych stanowisk archeologicznych prócz Vilcabamby. Dlaczego nie zauważyliście ruin Pampaconas? Gdzie twierdza Huayna Pucara? Gdzie La Mesada, w której znajdował się kościół ojca Ortiza? Pani postępowanie przypomina politykę niektórych faraonów, którzy po wstąpieniu na tron wymazywali z kartusza imię swojego poprzednika...
         Mieliśmy z Romanem Warszewskim okazję widzieć na własne oczy resztki stiuku na ścianach pałacu Titu Cusiego, a także wziąć do ręki nieszczęsne dachówki, które miały być „koronnym dowodem” dla Guillena i Elżbiety Dzikowskiej. Dwa dni buszowaliśmy po ruinach Vilcabamby. Jak dotąd, o czym poinformował nas kuzyn Rosy, Amerigo, pracujący tam z ramienia Instituto Nacional de Cultura, oczyszczono około 30% powierzchni miasta.
         Zainspirowany lekturą książki pani Dzikowskiej, a także faktem, że w Vilcabambie gościło do tej pory niewielu Polaków, wziąłem ze sobą polską flagę. I tak po ponad trzech dekadach biało-czerwone barwy załopotały nad murami Vilcabamby. Być może niedługo w innym, równie odludnym miejscu Peru (przygotowania do wyprawy już ruszyły) znowu pojawi się nasza flaga i będzie to o wiele bardziej spektakularny wyczyn niż domniemane odkrycie sprzed 30 lat.
 

[i] J. Szemiński (wybór), Dzieje Inków przez nich samych opisane, tłum. Z. Wasitowa, PIW, Warszawa 1989, s. 105.
[ii] H. Bingham, Zaginione miasto Inków. Dzieje Machu Picchu i jego budowniczych, tłum. R. Krzanowska, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1982, s. 154.
[iii] G. Savoy, Antisuyu, tłum. R. Krzanowska, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1990, s. 91.

[iv] Ibidem, s. 130–131.

Tekst: Jarosław Molenda

AKTUALNOŚCI

WYPRAWA DLA PRZYJACIÓŁ BIURA - WYSPY SOŁOWIECKIE

13.06.2017 ZOBACZ

WYPRAWA SUDAN, ERYTREA - TYLKO DLA PRZYJACIÓŁ BIURA

13.06.2017 ZOBACZ

KILIMANDŻARO PO RAZ KOLEJNY ZDOBYTE!

25.01.2017 ZOBACZ

Prestige Tours z nagrodą Małopolski Dąb!

22.12.2016 Jest nam miło poinformować, że zostaliśmy wyróżnieni przez Związek... ZOBACZ

KILIMANDŻARO ZDOBYTE !!!

07.11.2016 ZOBACZ

NOWA GWARANCJA UBEZPIECZENIOWA NA 2016/2017 ROK

07.11.2016 ZOBACZ

Róża Kolumba za najlepszy katalog premium "Najciekawsze Miejsca Świata 2016/17"

29.04.2016 ZOBACZ

WYRÓŻNIENIE "ODYS 2015"

12.01.2016 Jest nam miło poinformować, że zostaliśmy wyróżnieni przez Krakowską... ZOBACZ

PRESTIGE TOURS TOUROPERATOREM ROKU 2015

28.10.2015

Jest nam niezmiernie miło poinformować Państwa, iż nasze biuro... ZOBACZ